Oto pierwszy wpis na blogu... ale emocje! :)
Więc dlaczego akurat Warszawa?
Na początek naszej podróży dookoła świata wybraliśmy Pekin. Powodów było kilka, ale jednym z
najistotniejszych stała się po prostu pogoda. No bo skoro mamy gonić słońce,
to miejsce, gdzie podobnie jak w Polsce zbliża się zima, trzeba odwiedzić
możliwie szybko. A dalej już nieco spokojniej kierować się na południe. Poza tym, żeby
dostać się do Pekinu z naszego pięknego kraju nad Wisłą, należy udać się
na lotnisko w Warszawie - proste! :)

Z innej strony, mniej więcej w tym samym czasie co planowany wyjazd, w
stolicy miało mieć miejsce coś, czego nie można było pominąć ani
odpuścić. Wydarzenie, które mogło stać się niezastąpionym akcentem
otwierającym taką podróż. Koncert, który potrafi uskrzydlić i zarazem
uświadomić człowiekowi, że etniczność całego świata - ukazana za pomocą
niecodziennych dźwięków - potrafi jednoczyć ludzi, wznosić na wyżyny, wychodzące daleko poza przyziemne i jakby nieco wyuczone emocje, a przede wszystkim - mobilizować do głębszego poznania świata od jego najbardziej
autentycznej strony.

Tego co dzieję się w człowieku, podczas spotkania na żywo zespołu Dead Can
Dance, nie bardzo można ubrać w słowa. To trzeba usłyszeć, przeżyć i
poczuć. Muzykalność tego duetu, połączenie ich jakże odmiennych sposobów
przekazu muzyki oraz mistycyzm wokół całego tego wydarzenia, tworzy
atmosferę absolutnie niewyobrażalną. Nawet spoglądając na różnorodność
widowni przybyłą do Sali Kongresowej - gdzie pojawili się ludzie od
najmłodszych dzieci, po starsze osoby - robi niesamowite wrażenie.
Widać wszelkie możliwe klasy, subkultury, stany społeczne. Miło było patrzeć
do jak szerokiego grona słuchaczy dociera tak odmienna od popularnej,
oryginalna i zarazem doskonała Muzyka. Poruszające było też mijanie ludzi
trzymających w górze kartki z napisem: „Kupię bilet na Dead Can
Dance!!!”. I choć przykro było patrzeć, że im się nie udało, to samemu
tym mocniej zaciskało się swój bilet, myśląc z ulgą i radością – ja ten bilet mam i tam właśnie idę!
O zespole DCD można by pisać długo i dużo. Jednak lepiej chyba od razu
zachęcić do zapoznania się z ich - jakże bogatą - dyskografią, posłuchania
ich Muzyki oraz do próby zrozumienia tego, co chcą nią
przekazać. Naprawdę warto!
Po koncercie - starając się wrócić na ziemię - mieliśmy kilka dni w
Warszawie na ochłonięcie z wrażeń ostatnich tygodni oraz
przygotowań do wyjazdu. Ponownie spotkaliśmy Kasię i
Kubę – naszych couchsurfingowych znajomych, którzy już drugi raz przygarnęli nas
do siebie, dając okazję do odpoczynku i przemyśleń, czy aby na pewno
jesteśmy gotowi do drogi. I co?
No i byliśmy! :)
Lot do Pekinu miał przesiadkę w
Kijowie, na które to miasto mieliśmy zaledwie
dobę. Może i niewiele, ale przecież tym razem to nie Europę chcieliśmy
podziwiać ;)
Z blisko godzinnym opóźnieniem (powinniśmy zacząć się przyzwyczajać) opuściliśmy Warszawę…
Etykiety: couchsurfing, dookoła świata, Europa, lotnisko, muzyka, Polska, refleksje, sztuka