[po naszemu - DZIANDZIAK (skrót autorski;)]
Wszystko wskazuje na to, że chwilowo pomyliły nam się kierunki i zamiast
zmierzać na słoneczne południe, udaliśmy się w kierunku zimnej północy.
Ot taki kaprys. No bo w sumie dlaczego nie, skoro pojawiło się kilka
interesujących opcji?
Wsiedliśmy więc w zatłoczony pociąg, sprawiając tym niemałą atrakcję dla
podróżujących, którzy z zaciekawieniem obserwowali nas przez większość
drogi, ale choć miejsca mieliśmy osobno, to momentalnie zwolniono nam
takie, byśmy siedli obok siebie i gdy uśmiechaliśmy się do ludzi, to
dość życzliwie odwzajemniali ten uśmiech. Aż zaskakująco miła podróż
przez piękne, górzyste tereny.
Na podróż właśnie tam, skuszono nas między innymi, ciekawym mieszkankiem, którego jednym z
głównych założeń jest baza dla ludzi należących do „couchsurfingowej
rodzinki”. Jest ono zawsze otwarte dla przybywających i można tam
spotkać na bieżąco podróżników z naprawdę całego świata. Natomiast
prawdopodobnie głównym powodem dla większości przybywających jest Wielki MUR.
Chiński oczywiście! :D
Z tym murem to jest właściwie ciekawy temat, bo choć zabytek uznany
został przez badaczy za „Muzeum Muru Chińskiego”, to jest to bardzo mało
znane miejsce i „biały człowiek” pojawia się tam niezwykle rzadko.
Najlepszym dowodem na to są mieszkańcy Zhangjiakou i ich reakcje na nas.
A już na długie, blond włosy… szok! :) Ale o tym później, wrócę na
razie do samego Muru.
Dlaczego muzeum? Podobno w tym jednym miejscu można znaleźć wszystkie
typy wynikające z przekształceń sposobów jego budowania, na przełomie
tych wszystkich lat i dynastii. I faktycznie nie jest to mur jak z
pocztówki (co może tłumaczyć brak tłumów turystów – uff!;), bywa węższy,
szerszy, niższy lub wyższy. A elementem najbardziej przypominającym
odrestaurowane mury leżące bliżej Pekinu, jest sama brama – bardzo ważne
miejsce będące niegdyś przejściem granicznym z tętniącym życiem
importowo-eksportowym pomiędzy ludnością chińską, mongolską, czy nawet
tybetańską. Taki główny punkt handlu, komunikacji i wymiany kulturowej,
położony w dolinie, z trzech stron otoczonej pięknymi górami. Idealne
miejsce na granicę :)
Za co można lubić ruiny? Za to że oddają ducha czasu dużo trafniej i
autentyczniej niż te piękne, błyszczące nowością, budowle, obstawiane
kasami z drogimi biletami, koszami na śmieci i oblegane przez setki
turystów. Budowle, które tracą swą duszę, bo choć mają wyglądać na
pomniki przeszłości, to wcale na nie nie wyglądają.
I takim właśnie autentycznym miejscem jest Zhangjiakou. Małe miasteczko
(bagatelka – 4 mln mieszkańców) pod Pekinem („dosłownie rzut beretem” –
jedyne 200 km dalej;), mającym swoją historię, piękne położenie i
starożytny Mur, motywujący do wspinania się po górach , by móc zobaczyć z
coraz wyższych szczytów, coraz to bardziej niezwykłe widoki…
Natomiast dla tutejszych mieszkańców, nie widoki, a my byliśmy
niezwykli. Często przyglądano nam się w Pekinie, czy nawet pokazywano
sobie nawzajem palcami, komentując coś po swojemu. Natomiast tutaj, już
bez najmniejszego skrępowania wprost się zatrzymywali, otwierali szeroko
buzię ze zdziwienia, przerywali swoje zajęcia, by przyjrzeć się
dokładnie, skomentować do innych zapatrzonych, czy nawet zrobić nam
zdjęcie :D. A ich brak skrępowania w tych zachowaniach rozbrajał…
Bo my przyczajaliśmy się jak tygrysy z aparatem, by zrobić czasem komuś
zdjęcie, a nie urazić nikogo i nie sprawić by poczuł się jak „małpka w
zoo”. Natomiast role się odwróciły i to my staliśmy się atrakcją ;)
W pewnym momencie robiliśmy tak, że ja „odwracałam uwagę” swoimi blond włosami, a Romek z boku robił zdjęcia :))
Tak było na przykład, gdy dotarliśmy przypadkiem do parku, gdzie wszyscy
albo grali w karty/szachy przy kamiennych stołach, albo w grupkach
zwyczajnie muzykowali. Tak po prostu, siadali sobie razem, wyciągali
instrumenty i zaczynali grać. Oczywiście nie wszystkim wychodziło to
płynnie i rozbrajająco atrakcyjnie, a ewidentnie były to improwizacje do
konkretnych, prawdopodobnie znanych im dobrze utworów. Niemniej jednak
bardzo spodobała nam się taka forma integracji i spędzania wolnego
czasu.
Jeszcze inni tańczyli w grupach, lub trenowali Tai Chi. Zwyczajnie
stawali razem, ktoś zwykle był prowadzącym i bez skrępowania oddawali
się swoim zajęciom z zaangażowaniem :)
Generalnie słowo „skrępowany” dla większości Chińczyków jest dość obce, ale o tym może innym razem…
Tymczasem załączamy kilka zdjęć, dla zobrazowania tego miejsca:
Etykiety: Azja, Chiny, couchsurfing, dookoła świata, góry, muzyka, pociągi, UNESCO, Wielki Mur Chiński