O tym jak fajnie jest w Tajlandii pisaliśmy już przy
Bangkoku i
zdania nie zmieniamy. Krabi różni się od Bangkoku tyle, co Władysławowo
od Krakowa ;) ale sposób życia, ludzie, jedzenie i ceny są zbliżone.
Nie byliśmy tam niestety długo, bo gonił nas czas i kupione dużo
wcześniej bilety, ale wystarczająco by przekonać się, że jest to jedno z
najlepszych miejsc - jakie poznaliśmy - na wakacje i wiemy, że tam jeszcze
wrócimy. Mając praktycznie tylko trzy dni na południu Tajlandii,
uznaliśmy że dwa z nich spędzimy w samym Krabi, natomiast jeden
wykorzystamy na rejs po słynnych, rajskich wyspach tego regionu, czyli
Phi Phi Islands. I to była bardzo słuszna decyzja, bo w Krabi był
sezonowy festiwal i można było popróbować pysznego jedzenia - które w
tych rybackich regionach opływało w najrozmaitsze morskie przysmaki - a rajskie wyspy nieopodal miasta są naprawdę warte zobaczenia!
To czego nam było żal niemal na każdym kroku, to ograniczeń bagażowych i
faktu, że nie możemy zabrać stamtąd praktycznie niczego. Bo plecaki i
tak już były wystarczająco ciężkie. A Azja to ogrom ręcznie robionych,
plecionych, struganych, malowanych, wyszywanych i - przede wszystkim -
pięknych rzeczy, które miałoby się ochotę zabrać ze sobą. Bo są
niepowtarzalne i nie do dostania u nas, a ceny naprawdę niskie (dla Europejczyka). Cóż… należało przywykać do tego, że musi nam wystarczać
napatrzenie się na te cuda i zostawianie ich wszystkich na miejscu. To taka znacząca
wada podróżowania z plecakiem…
Natomiast poza oglądaniem rękodzieł, cieszyliśmy się tajskim jedzeniem.
Kiedy zamawiało się [niby] nie ostre, to smakowało wyśmienicie, choć jak
na nasze warunki, to jednak było stosunkowo pikantne ;) Przy okazji
festiwalu było też masę innych stoisk, np. z sushi, którym
rozkoszowałam się za najniższą cenę jaką miałam dotąd okazję, a
smakowo – rewelacja! Romek w tym czasie kupił sobie… robaki[!] (chyba mi
na złość ;p mówiąc przy tym, że „niepotrzebnie tyle octu do nich
dodano, bo zabija ten ich wyśmienity, naturalny smak” [he?!]).
Próbowaliśmy też regionalnych owoców i innych smakołyków, więc trzeba
przyznać, że był to bardzo sycący i zrelaksowany pobyt, a rejs po
wyspach był najaktywniejszą jego częścią. Wszystko to - szczerze godne polecenia :)
By zobaczyć jak najwięcej w przeznaczonym na to czasie, wycieczka po
Phi Phi Islands organizowana jest na zasadzie – wyskakiwania na godzinkę
tu czy tam, wracania na gwizdek na łódź i płyniemy dalej. Można jednak
potraktować to jako dobrą okazję do orientacji, które wyspy podobają się
najbardziej i mając kiedyś więcej czasu, wrócić w te konkretne już
miejsca na dłużej. Bo na pełen relaks przy takiej organizacji nie ma co
liczyć. Mimo to, nie żałujemy ani trochę, bo zobaczyliśmy naprawdę
niesamowite widoki, chodziliśmy po aksamitnym, białym piasku i
siedzieliśmy w wodzie, która była najcieplejszą jaką dotąd spotkaliśmy!!
Boska!:D
A już chyba największą przygodą dla mnie - bo dla Romka to nic nowego -
był snorkeling! Początkowo nie bardzo chciałam, ale gdy
zobaczyłam kolor wody, dno (pomimo dużej od niego odległości) i cienie
rybek oraz rafy… uznałam, że „raz się żyje” i zeszłam z łodzi na
najgłębszą – jak dotąd dla mnie – wodę, by podziwiać podwodny świat
własnymi oczami. Niezapomniane wrażenia!!
Podsumowując, Tajlandia nie jest ani trochę przereklamowana! Jest
wspaniała i idealna na wakacje. Potrafi w sobie rozkochać i uzależnić!
Ale to takie pozytywne uzależnienie, więc polecamy się jemu poddać :))
A na poparcie powyższych słów, kilka zdjęć z tych rajskich miejsc, czyli moja ukochana Bamboo Island i inne...
To tam tak naprawdę poznaliśmy „rajskie klimaty”, więc warto się tam wybrać, by samemu się o tym przekonać…;)
Etykiety: Azja, dookoła świata, jedzenie, morze, plaże, rafy, rajskie plaże, snorkeling, Tajlandia, wyspy