Do odwiedzenia Kamiennego Lasu w Shilin mieliśmy dwa podejścia.
Pierwsze z nich nieudane było głównie z powodów komunikacyjnych – sporo
przesiadek, niesprzyjające godziny, niedokładnie odznaczone przystanki;
oraz… komunikacyjnych :) czyli niemożności dogadania się z nikim w innym
języku niż „chiński”. Kiedy już udało nam się dotrzeć na dworzec
znajdujący się na obrzeżach Kunmingu, to dopiero tam ktoś w informacji
mówił po angielsku na tyle dobrze by nam uświadomić, że o tej porze to
już nie bardzo jest sens jechać do Shilin. No bo nawet jeśli udałoby nam
się tam dotrzeć i kawałek pospacerować po owym „lesie”, to nie
mielibyśmy czym wrócić na noc do Kunmingu. A 85 km na piechotę, do tego
nocą, jakoś nam się nie uśmiechało ;).
Za to przy drugim podejściu udało nam się pojawić wszędzie na czas. Choć
nie było też łatwo. Na dworcu w Shilin nie było żadnej informacji o tym
jak udać się w stronę skalnego parku, więc zanim znaleźliśmy kasy i
wejście (też nijak oznaczone) to minęła dobra godzina. Co ciekawe, to
było może 200 m od dworca, choć nic na to nie wskazywało, a UNESCO jakoś
nie zafundowało tabliczki ze strzałką do swojego cudu natury…
Za to zafundowało mu potężną sumę za bilet, co uznaliśmy za małe
szaleństwo. Bo jak można jeszcze zrozumieć, że za wejście na teren
czynnych wciąż wykopalisk Armii Terakotowej, płaci się sporo, bo wciąż
potrzeba kasy na utrzymanie i prowadzenie tego wszystkiego, to żeby
ściągać jeszcze więcej za park naturalny? Zwłaszcza, że wymaga on może
parę osób w kasie i kilka do sprzątania śmieci. Do tego ewentualnie na
barierki w bardziej niebezpiecznych miejscach, czy śmietniki z których
Chińczycy nie zwykli korzystać… No ale jak już dotarliśmy aż tam, po
dwóch próbach oraz po i tak już wydanych na drogę na miejsce
pieniądzach, to nie mogliśmy już zrezygnować.
Nie decydując się na dodatkową dopłatę za podwiezienie pod sam park,
udaliśmy się na długi spacer pod bramki wejściowe (bo za kasami było
jeszcze jakieś 2 km drogi prostą ulicą do samych skał). No cóż… każdy
sposób by zarobić pewnie jest dobry, prawda?
Przestając narzekać na niesprawiedliwości tego świata, przejdźmy do
samego Kamiennego Lasu. Jest to ok 5 km2 parku, będącego niezwykłym
przykładem „krasu kopiastego”. Ale może prościej – dawno, dawno temu, we
wspomnianym miejscu był sobie ocean. Woda zaczęła ustępować, a masyw
wapienny znajdujący się pod wodą zaczął ulegać erozji i utworzył takie
ładne igłowate skałki o przeróżnych kształtach. Pełno tam szczelin,
jaskiń, przesmyków i naturalnych mostków. Najciekawsze są skały
uformowane na kształt zwierząt, roślin, a nawet widzieliśmy tam jednego
Moai zupełnie jak z Wyspy Wielkanocnej :).
Takie miejsce i na taką skalę występuje tylko w Chinach. Podobne
formacje można znaleźć podobno na Madagaskarze, a by choć trochę
zadziałać na polską wyobraźnię, można przywołać widoki z terenów Jury
Krakowsko-Częstochowskiej (niemal każdy widział Maczugę Herkulesa:).
Trzeba przyznać, że miejsce jest bardzo ciekawe, ale czy warte swojej
ceny? To już pozostawię do oceny własnej. Kilka godzin to zdecydowanie
za mało, by zobaczyć wszystko, ale wystarczająco by zmęczyć się
chodzeniem i porządnie zgłodnieć ;)
Etykiety: Azja, Chiny, Cuda natury, dookoła świata, kunming, muzyka, UNESCO