Z każdym kolejnym krajem nasze plecaki stawały się coraz cięższe. Można
by podejrzewać, że im dalej w stronę południowego bieguna Ziemi, tym
grawitacja na bagaże działa intensywniej… ale to chyba jednak nie to.;)
Pamiątki, suweniry, czy mapy zadomawiały się w zakątkach naszych
pakunków coraz to liczniej i choć nasze barki odczuwały zwiększenie
ciężaru, to nie chcieliśmy z tych dodatków rezygnować. W końcu dzięki
nim, zabieraliśmy jakąś część odwiedzanych miejsc ze sobą, by nam
towarzyszyły w dalszej podróży i były naszą zmaterializowaną garstką
wspomnień.
Za to znaleźliśmy sposób, by to dźwiganie sobie ułatwić, co było w
zasadzie bardzo pozytywnym skutkiem ubocznym innego założenia.
A mianowicie chodziło o poznanie choć skrawka Australii od jej
autentycznej strony. Naturalnie: cudne plaże z okolic Gold Coast,
Brisbane, Operę, czy samo Sydney fajnie było zobaczyć, ale podróżowanie
na własną rękę – niekoniecznie odznaczając kolejne miejsca na liście z
przewodnika – fascynuje nas dużo bardziej.

Dlatego postanowiliśmy
wynająć samochód w Sydney, z możliwością oddania go w Melbourne i na
„prawie-własnych czterech kółkach” przemierzyć widokową trasę wzdłuż
wybrzeża, zwaną Princes Highway. Oczywiście nie jechaliśmy tylko po
głównych drogach, bo spontaniczne zbaczanie z trasy jest całym urokiem
takiej jazdy, ale ponieważ czas mieliśmy ograniczony, to jednak
staraliśmy się nie przeginać.;)
Decyzja ta okazała się niezwykle trafioną, bo jest to z pewnością jedna z
najpiękniejszych tras świata, a swoboda i poczucie samowoli w
podróżowaniu jaką dawał nam ten pojazd, uskrzydlały nas ogromnie. Jako
dodatkowy cel postawiliśmy sobie: spotkanie przynajmniej dwóch
australijskich zwierzaków, czyli kangurów i koali w środowisku
naturalnym, a nie w zoo i… ruszyliśmy!
Jak się okazało, trafiliśmy na szczyt sezonu, który w Australii ma
miejsce właśnie w styczniu, zaraz po świętach i Sylwestrze, kiedy to
jest piękna pogoda i sporo wolnego. A skoro sezon, to i ogromne problemy
z noclegami, o czym mogliśmy się przekonać już pierwszej nocy. Nie
mając konkretnego planu, gdzie zamkniemy pierwszy dzień trasy,
dotarliśmy do miejscowości Kiama i wtedy już było jasne, że zatrzymamy
się właśnie tam.
Niewyobrażalnie klimatyczne miejsce przywołujące na
myśl nadmorskie pejzaże z filmu „Kroniki portowe”, zauroczyło nas
absolutnie. Obeszliśmy więc całe miasteczko w poszukiwaniu miejsca na
nocleg, który się nie znalazł. Ponieważ mieliśmy ze sobą mały namiot,
pytaliśmy również na polach namiotowych, ale i tam nie było wolnego
miejsca.
I gdy zrezygnowani wracaliśmy do samochodu, spotkaliśmy bardzo
otwartą i chętną do pomocy młodzież ze zgrupowania mającego miejsce przy
kościele anglikańskim. Przygarnęli nas z uśmiechem oferując jeden już
rozłożony, wolny namiot, dostęp do łazienki, a rano zaprosili nas nawet
na śniadanie.
Cudowni, entuzjastyczni i szalenie ciepli młodzi ludzie!
Udzielili nam swojego uduchowionego błogosławieństwa na dalszą drogę, a
my wręczyliśmy im dwa „polskie motylki” w wyrazie wdzięczności...
...i
udaliśmy się w swoją stronę, by jeszcze z rana podziwiać tryskające wodą
„blow hole”, po których ruszyliśmy dalej.
Podczas jazdy zdecydowaliśmy się zboczyć na chwilę z głównej drogi, by
odwiedzić miasteczko położone dużo wyżej niż te nadmorskie, bo podobno
było warto. Jego nazwa to Kangaroo Valley i choć faktycznie miało swój
smaczek i piękny, kamienny most, to my zapamiętamy je przede wszystkim,
jako okrutną „patelnię”.
Nie dało się wysiąść z samochodu, by zrobić
zdjęcia czy cokolwiek zobaczyć, bo Słońce parzyło w skórę tak bardzo, że
po przejściu malutkiego parkingu i zrobieniu czterech zdjęć poddaliśmy
się i biegiem wróciliśmy do klimatyzowanego samochodu.
A tam
zdecydowaliśmy szybko udać się z powrotem w dół i zarazem bliżej morza,
gdyż pomimo jasnego koloru auta i klimatyzacji, nawet wewnątrz było
gorąco i Słonko parzyło przez szyby.

Jadąc dalej wzdłuż wybrzeża chłonęliśmy nadmorskie pejzaże i
rozkoszowaliśmy się jazdą po świetnej i stosunkowo pustej drodze. A
niemal każde miejsce prowokowało widokami tak bardzo, że wciąż miało się
ochotę zatrzymać „właśnie tutaj” na chociaż szybką kawę, by móc zostać
choć przez chwilę, zanim pojedzie się dalej. I tak zostawiając za sobą
cudowne miejsca, dotarliśmy do Batemans Bay, gdzie zastał nas już
wieczór i zmęczeni zaczęliśmy szukać noclegów, mijając same tabliczki
„no vacancy”…

Już nieco mniej zaskoczeni niż pierwszej nocy,
rozglądaliśmy się jednocześnie za miejscem, gdzie można zostawić
samochód i w nim przespać do rana. Jednak i tym razem dopisało nam
zaskakujące szczęście i w ostatnim chyba motelu w mieście, spotkaliśmy
bardzo życzliwego muzułmanina, który z rodziną zamieszkał w jednym
pokoju, a drugi – który miał zarezerwowany i nie był mu potrzebny –
oddał nam. Co istotne, nie oczekując od nas zwrotu pieniędzy, bo i tak
musiał zapłacić za pusty pokój więc cieszył się, że może nam pomóc. To
niezwykłe, jak ta podróż wzmocniła w nas wiarę w ludzi! Bez względu na
narodowość, wiek czy wiarę.
A z drugiej strony żartowaliśmy, że trasę Sydney-Melbourne powinniśmy zatytułować „Więcej szczęścia niż rozumu”. :)
Po nocy w wygodnym motelu – gdzie mieliśmy okazję zrobić sobie ręczne
pranie w naszej niezawodnej miseczce, schłodzić jedzenie przewożone w
prowizorycznej „lodówce” utworzonej z miski i ratunkowego koca
termicznego ;) i wyspać na wygodnym łóżku – pojechaliśmy dalej.
Odwiedziliśmy trzy niezbyt odległe od siebie, choć diametralnie różne
plaże.
Pierwsza oblegana przez tłumy wczasowiczów, druga tylko dla
odważnych, bo bez łagodnego zejścia do wody, a trzecia pięknie położona,
choć fale były tak ogromne, że strach by było wchodzić głębiej (choć i
tam śmiałkowie się znaleźli).
Czy wspominaliśmy już, że woda w Australii
jest piękna, ale straszliwie zimna? Jeśli ktoś myślał dotąd, że Bałtyk
jest zimny, to w Australii nie zamoczy nawet nóg. I upał na plażach
wcale tego nie ułatwia. To tak w formie ciekawostki.;)
No to jeszcze kilka zdjęć z tych bajkowych, nadbrzeżnych terenów...:)
Dalej trasa nieco odbiła od brzegu i zawiodła nas do uroczego,
drewnianego miasteczka zwanego Tilba. Podczas upału nikogo nie było
widać i wyglądało to trochę jak miasteczko „umarłych”.
Za to spotkaliśmy
tam formę życia w postaci trzech koni, z których dwa grasowały sobie
zaczepiając się nawzajem tak pokazowo, że została nam po tym galeria
kilkuset zdjęć… cóż. Nie były to kangury, ale co tam – też urocze
zwierzaki.:)

A kiedy już zmierzch powoli zapadał, a żołądki dopominały się o
zapełnienie, zajechaliśmy na parking w lesie i skonsumowaliśmy kanapki.
Pod koniec postoju naszym oczom ukazały się dwie pary innych oczu,
uważnie nam się przypatrujące. I doczekaliśmy się! Były to dwa kangury,
które chwilę później odskakały od nas w dal, ale to była tylko mała
część większego stada, które mieliśmy okazję wtedy spotkać. Cudownie
jest zobaczyć te zwierzaki siedząc w samochodzie na parkingu zamiast
podczas jazdy, bo wszędzie ostrzegają, że można ulec bardzo niefajnej
kolizji (niestety dość częstej, gdyż kangury wskakują na ulice bez
uprzedniego rozglądania się czy coś jedzie czy nie). Niestety nie mamy za dobrych zdjęć z tej sytuacji, ale te wielkie,
„kicające” stworzenia na zawsze zostają w głowie po takim spotkaniu, i
takie to wspomnienie bardzo polecamy.:)

Powoli dotarliśmy do Merimbula, gdzie znów nie było dla nas miejsca na
nocleg, ale tym razem już nie mieliśmy sił nawet na szukanie
„szczęścia”, tylko zatrzymaliśmy się nieopodal plaży i pola namiotowego,
rozłożyliśmy siedzenia, zakryliśmy okna i zasnęliśmy w aucie od razu.:)
Trzy niezwykłe dni i zarazem połowa (mniej więcej) dystansu za nami.
Urok dotychczasowej Princes Highway nie rozczarował ani trochę i
zaskakiwał coraz to nowymi pejzażami i przygodami. Podekscytowani tym co
nas dalej czeka, ruszyliśmy w dalsza podróż. Na relację z której
zapraszamy już niedługo w następnym wpisie…:)