
Przeskok temperaturowy z Polski - a
zwłaszcza z przelotnie odwiedzonej Ukrainy - okazał się dla nas
cudownie zbawienny. Od razu przestaliśmy odczuwać jakiekolwiek
dolegliwości grypowe i cieszyliśmy się tropikalnym klimatem, w
pełnym Słońcu. Z uśmiechem na twarzach i radością w sercach
śmigaliśmy wanem-taksówką z lotniska do Negombo. Guest house
"Ocean View" nie miał co prawda widoku na Ocean, ale
rezerwując wcześniej noclegi, mieliśmy tego świadomość. Zresztą
położenie miał bardzo fajne, bo nieopodal
turystyczno-restauracyjnej ulicy i 200 m od plaży.
Szybkie
ogarnięcie się w pokoju i pobiegliśmy na plażę przywitać się
Oceanem Indyjskim, a może nawet zostać na zachód Słońca, który
zwykle jest tutaj ok 18-tej, po czym szybko zapada ciemność. Sama
plaża okazała się przyjemna i czysta, choć nie powaliła na
kolana rajskością, a i woda była niepokojąco chłodna. Ale
przecież wylecieliśmy właśnie z zimowej Polski, więc nikt nie
miał zamiaru marudzić. Chłonęliśmy więc ten pejzaż z
zachodzącym Słonkiem i cieszyliśmy się z tego, że - w końcu! -
tu dotarliśmy.:)
Kiedy wiatr zrywał się coraz
silniejszy, a żołądki zdawały się coraz bardziej niecierpliwe,
wyruszyliśmy na poszukiwanie pierwszego rice & curry na Sri
Lance. Trzeba było odbyć jeszcze dłuższy spacerek do bankomatu,
ale kolacja wynagrodziła nam trud oczekiwania. Jako że kuchnia
lankijska należy do najostrzejszych na świecie, początkowo
poprosiliśmy o mało ostre posiłki (które często dla Europejczyka
są wciąż bardzo ostre). Ale choć ja byłam zadowolona z
łagodności mojego dania, tak Romek chyba spodziewał się większego
ognia, bo zapowiedział, że następne weźmie średnio-ostre. Hm..
jak dla mnie to co dostał już było trudne do przełknięcia, ale cóż, o
gustach się podobno nie dyskutuje.;)
Po dwóch zarwanych - na dotarcie tutaj
- nocach, nasza pierwsza na wyspie trwała ok 14 godzin. Cudownie się
wyspaliśmy :) i przyszedł czas na aklimatyzowanie się na miejscu.
Mieliśmy na to jakieś dwa dni, więc "wakacje" zaczęły
się dość sielankowo. Smakowaliśmy miejscowe dania, wypijaliśmy ogromne ilości soków ze
świeżo wyciskanych owoców, Romek sprawdzał lokalne piwo, chodziliśmy nad wodę, spaliśmy i
spacerowaliśmy. Ot, wakacje:)
Jednak trzeba było w końcu wyruszyć
gdzieś poza tę okolicę, więc zrobiliśmy sobie podwójną
wycieczkę: na słynny, miejscowy targ rybny (podobno mają na nim najlepsze owoce morza na całej wyspie) oraz do nieformalnej stolicy
Sri Lanki - Kolombo (o czym będzie dodatkowy wpis, niedługo).
Żeby dostać się na targ, najlepiej jest wziąć rano tuk tuka i rzucić kierowcy hasło: "fish
market, please", co zapewnia skuteczne dotarcie do celu.
Oczywiście można też pójść plażą piechotą, ale to
rozwiązanie wymaga sporej ilości czasu, a my mieliśmy zbyt wiele
planów na ten dzień. Zresztą przemieszczanie się tuk tukami, to
integralna część podróżowania po azjatyckich krajach, więc nie
ma co kombinować.

Jeszcze zanim ukazują się nam stragany czy
plaża, już czuć, że zmierzamy we właściwym kierunku.:) Zapach
niezapomniany!
Ale szybko można się przyzwyczaić i jeszcze jak ktoś
lubi ryby, to nie ma z tym większego problemu. A przede wszystkim
mamy tutaj to, co kocha każdy podróżnik - AUTENTYCZNOŚĆ w każdym
calu. Nic nie jest zrobione pod turystów, żadnych pokazówek, ani
nawet nie widać za wiele "bladych twarzy" z aparatami
fotograficznymi i mapą.;) Za to są tubylcy, wszelakie stwory
wyłowione z Oceanu, intensywny zapach, kruki, krew, brud i harmider.
Bajka!:) To na straganach, a na plaży spokojniej. Przy łodziach
kręcą się rybacy i wytrzepują ryby z sieci, ktoś przechodzi z
koszem i wysypuje złowione zdobycze na czarne folie do suszenia, a jakaś kobieta rozkłada folię na swoje krewetki. I te kruki...

Już na samym początku - jeszcze na
plaży koło nas - zwróciliśmy uwagę na brak wszędobylskich - bez
względu na kontynent - mew. Tutaj właśnie królują kruki. Jest ich
masa i kołują nad wodą blisko brzegu w poszukiwaniu pożywienia.
Wydają się dzikie i nieposkromione. A jednak na plaży targowej
zachowują się zupełnie inaczej. To znaczy nadal krążą za
jedzeniem, ale grzecznie siadają na folii z rybami przeznaczonymi
właśnie dla nich. Taka stołówka dla ptaków okazuje się
niezwykle skuteczna, gdyż na ogromnym obszarze suszy się cała masa
ryb, a one wyjadają tylko z tego miejsca. Fascynujące, jak
rybakom udało się wychować sobie te dzikie ptaki...
Po markecie rybnym udajemy się
piechotą w poszukiwaniu dworca autobusowego. Okazuje się spory
kawałek, co w niemal południowym Słońcu nie jest relaksującym
spacerkiem, ale mamy dzięki temu okazję zobaczyć zatokę rybacką
i centrum Negombo.
Po powrocie z Kolombo znów tuk tukiem
jedziemy do naszego miejsca noclegowego. Czas żegnać się z tym
miasteczkiem, gdyż rano udajemy się na południe wyspy do Galle.
Właściwie podróż dopiero się zaczyna...:)
Etykiety: Azja, jedzenie, lotnisko, plaże, Sri Lanka, targ, tuk tuk, zachód słońca