
Hotelik
jest nad samą wodą [dosłownie], bo fale ocierają się o mur
budynku, a przy stolikach w restauracji na parterze, jest ryzyko
delikatnego zroszenia kroplami z Oceanu.
Podoba nam się to i siadamy
na kolację najbliżej wody, ciesząc się, że znaleźliśmy takie
miejsce.
Następnego dnia jedziemy tuk tukiem pospacerować po Galle.
Rano wydawało się, że będzie pochmurnie (co nie oznacza "zimno", a
że po prostu będzie się dało wytrzymać;)), więc nie zrywamy się bardzo
wcześnie, a dopiero koło południa dojeżdżamy na miejsce.
I wtedy - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - chmury się
rozstępują i lądujemy w pełnym, południowym Słońcu na starówce
bez skrawka cienia. No tak - chcieliśmy Słońce, to mamy! :D

No więc pokrążyliśmy po forcie, który jest dość charakterystyczną pamiątką po kolonii portugalskiej.Bardzo ciekawe jest tu połączenie południowo-europejskich klimatów, z muzułmańskimi meczetami i buddyjskimi świątyniami oraz ogólno-hinduskim wystrojem kamieniczek. Zestawienie warte obejrzenia, bo jedyne w swoim rodzaju na tej wyspie. Wrzucamy więc kilka wybranych zdjęć ze spaceru po forcie.







Po
lunchu udaliśmy się z powrotem do Unawatuny, by hotelowym tuk
tukiem zawieźli nas do Koggali, gdzie mieliśmy popołudniową porą
spotkać rybaków łowiących ryby na charakterystycznych palach. To
bardzo znana w świecie ikona Sri Lanki i wiele osób zapewne
chciałby samodzielnie zrobić takie zdjęcie. Jednak my
przekonaliśmy się, że to nie jest już tak kolorowa sprawa, jak
dawniej. Otóż przedsiębiorczy Lankijczycy zrobili z tego biznes
turystyczny na którym można dużo lepiej zarobić niż na tym - tradycyjnym dla tego rejonu - połowie. Robi się więc z tego mały
cyrk, albo spektakl – jak kto woli. Gdy turyści podjeżdżają pod
plażę, nagle z krzaków, zza ulicy i z jakiegoś szałasu - jak
spod ziemi - wychodzą znudzone postacie mężczyzn o wyglądzie
przeciętnego bezdomnego. Gdyby dodatkowo było ciemno, na myśl
przyszedłby obraz z niejednego horroru. Ale akurat zbliżał się
ładny zachód Słońca, więc zamiast strachu zalęgło się w nas
spore zaskoczenie tą sytuacją. Wprawdzie czytaliśmy o tym w jakimś
blogu, ale mieliśmy nadzieję, że nie wszędzie tak jest, a już na
pewno nie w miejscu do którego wysyłają nas lokalesi. A jednak!

Opisani tutaj „aktorzy”, proponują nam "atrakcyjną cenę" - dwa tysiące rupii
lankijskich za spektakl z łowieniem na kijach, który łaskawie
pozwolą nam sfotografować. Tego już za wiele, przecież tu nie
chodzi o zdjęcie sztucznego ustawienia ludzi na palach, tylko od
lat marzyło mi się, by usiąść gdzieś w kąciku na plaży,
poobserwować tę niezwykłą sztukę połowu i uwiecznić ją
osobiście. Ale to było możliwe dawniej, zanim turystyka dotarła
do tego miejsca na tyle, by uświadomić Lankijczykom, że turysta to taki worek, zawsze pełen pieniędzy i koniecznie trzeba ten worek opróżnić.

Przestali łowić w ten sposób, bo tłumaczą, że to
już się im nie opłaca – za mały zarobek za dość nudną
robotę. Po co, jak można zostać aktorem teatru wodnego na
palach?(!)
Zbuntowałam się i podeszłam z aparatem do pustych kijów
powbijanych w dno nieopodal brzegu. Wolę mieć autentyczne zdjęcia
tego co zastałam – wspomnienia po czymś co bardzo wyróżniało
to miejsce – niż jakiś teatrzyk mający na celu ogołocić nasze
portfele. Kolejni przybysze z aparatami również nie decydują
się płacić nikomu i fotografują puste pale. Smutny widok, ale
prawdziwy.
Jednak
pojawia się światełko w tunelu. Nasz kierowca hotelowego tuk tuka,
trzyma naszą stronę i dzwoni do szefa, czy może nas w tej samej
cenie zawieźć do kolejnej miejscowości w której można spotkać
rybaków, bo twierdzi, że tam naprawdę łowią te ryby. Szefuncio
się zgadza – jedziemy.:)
W pewnym momencie naszym oczom ukazuje
się obrazek znany z fascynujących fotografii i pomimo braku
turystów, ci rybacy faktycznie są NA palach, a nie w jakimś
szałasie. Szczęśliwi zajeżdżamy pod plażę w Ahangama, gdzie wprawdzie
podchodzi do nas „manager” owych łowiących, ale już dla
świętego spokoju decydujemy się zapłacić jakieś utargowane
grosze, by móc spokojnie podejść z bliska i zobaczyć to wszystko
na własne oczy.
Słońce coraz bliższe zachodowi, ciepły wieczór, marzenie się spełnia – to jest prawdziwy powód do radości.:)
Kierowca tuk tuka - Pate - (i zarazem nasz hotelowy kelner) chyba nas polubił, bo podwozi w jeszcze jedno ładne miejsce i pyta, czy piliśmy już z
kokosów? Szczerze odpowiedzieliśmy, że na Sri Lance jeszcze nie,
więc zabiera nas do siebie do domu – który jest po drodze do
hotelu – i w ogrodzie wspina się na górę palmy, by odciąć dla
nas po kokosie. Mało tego, ucina też dla mnie kawał świeżego
aloesu, tłumacząc, że sok z niego jest świetny dla skóry i bardzo
drogi. Jesteśmy zaskoczeni serdecznością chłopaka, który
dziurawi kokosy i wręcza nam po jednym, gotowym do picia.
Swoją
drogą widać, że nie jest to bogata willa, ani wielki ogród. Domek
jest skromny, ogród wąski i słabo ogrodzony, a jednak z naszego
punktu widzenia, to absolutnie rajski ogród. Palmy, kokosy, banany,
ananasy i inne egzotyczne cuda, zbawienny na wszystko aloes rośnie
gdzieś przy studni i do tego wszystkiego - to wieczne lato... No kto by nie chciał
takiego miejsca na własność? :)
To jest jeden z wielu przykładów
na to, że ci ludzie są "biedni inaczej". Nie mają takiego standardu
życia jak przykładowy Europejczyk, ale mają za to inne bogactwa, na
które my nie mamy szans. I – co ważne – przy tym wszystkim wyglądają na
szczęśliwych, zrelaksowanych i lubiących swój tryb życia. Takie
obserwacje dają wiele powodów do refleksji nad tym co tak naprawdę
daje człowiekowi szczęście i jest to kolejny dowód na słuszność podróżowania. ;)